Dotyk i zapach morza - Strona Pomorskiej Fundacji Sportu i Turystyki Osób Niepełnosprawnych Keja

Szukaj
Idź do spisu treści

Menu główne:

Dotyk i zapach morza

2009-10-11
Dziennik Bałtycki - Dotyk i zapach morza

Rejs pod żaglami na pełnym morzu? Nie widzimy przeszkód - śmieją się. Niewidomi żeglarze wypłynęli na powitanie "Zawiszy Czarnego".
Deska. Nie za szeroka, wygląda na ściągniętą z budowy. Jeden jej koniec leży na nabrzeżu, drugi opiera się o pokład jachtu "Antica". Ewa stawia nogę. Potem drugą. - Idź na głos Doroty! - pada komenda.

Dorota mówi, Ewa idzie. Po chwili pada w ramiona Doroty. Jest na pokładzie. Ewa nie widzi. Tak samo jak pozostała trzydziestka, która przyjechała z całej Polski po to, by w sobotni, wietrzny poranek wypłynąć na 15 niewielkich jachtach na wody Zatoki Gdańskiej. By poczuć morze. - Akcja "Błysk"! - śmieje się Mariola Marcinkowska, która za chwilę zaokrętuje na "Perełce". A Sylwia Skuza, pytana o powodzenie akcji, odpowiada: Nie widzę przeszkód.

Pół godziny później, już na pokładzie "Nordy" Sylwia głośno prosi stojącego za kołem sterowym kapitana Kazimierza Hudaka: Niech pan głośno mówi o wszystkim, co się dzieje. Jesteśmy bardzo ciekawi.

- Zdejmijcie foka! - krzyczy kapitan.

Zimno. Naciągam czapkę na głowę, chowam w rękawy kurtki chronione rękawiczkami ręce. Arek w rozpiętym polarze, z rozwianymi włosami, siedzi jak gdyby nic na rufie "Nordy". Mówi, że nie musi widzieć morza, wystarczy, że je czuje. Co czuje?

- Proszę zamknąć oczy - mówi. - Nabrać powietrza. Pachnie morzem, wilgocią, kropelki wody osadzają się na twarzy. Arkadiusz Kwieciński (internetowy nick Arcadius) przyjechał z Leszna wraz z ojcem. Jest politologiem, studiował stosunki międzynarodowe na UAM w Poznaniu.

- Wzrok traciłem stopniowo - opowiada. - Ciemność zapadła, gdy skończyłem 13 lat. Nie zamierzałem zmieniać szkoły. Wszystko nagrywałem i uczyłem się na pamięć. Na studia do Poznania przyjechałem w latach 90. Wtedy jeszcze było inaczej - komputery do nas nie mówiły, trzeba było korzystać z dyktafonów. Na uczelni dostałem specjalną zgodę na nagrywanie.

Po studiach wrócił do Leszna. Przed trzema laty na jednym z multimedialnych forów natrafił na Sylwię, Rafała i innych. Zaczęli wspólnie zastanawiać się, czy możliwe jest powołanie stowarzyszenia, które pomogłoby niepełnosprawnym w podróżowaniu, uprawianiu sportów, przełamywaniu barier. Potem Rafał zaprosił uczestników forum na ognisko. Mieszka w Skrzyszowie pod Tarnowem. Tam ustalili, co mają robić.

Rafał Mucha (informatyk, postawny, typ "brata łaty", wzrok stracił dziewięć i pół roku temu): Na ognisku zjawiło się zaledwie sześć osób. Ale to wystarczyło. Sylwia jest niesamowita. Zainfekowała nas. I ma łeb do dowodzenia.

Założyli Pomorską Fundację Sportu i Turystyki Osób Niepełnosprawnych "Keja". Z Sylwią Skuzą - prezesem, Arkiem - członkiem zarządu i dyrektorem biura fundacji.

Sylwia: Arek to serdeczny przyjaciel, osoba rozsądna i otwarta. Jest znakomitym specjalistą od spraw marketingowych i reklamowych.

Marketing marketingiem, ale rejs po morzu to już zupełnie inna sprawa. Niebezpieczna. Ograniczona powierzchnią pokładu, na którym każde potknięcie może skończyć się tragicznie. Wcześniej wymieniali się informacjami na forach, przeszli szkolenie żeglarskie w sieci. Przyjechali do Gdańska w piątek, znów się trochę poduczyli. Arek, Rafał i Jacek Kaczmarek z Michorzewa w woj. wielkopolskim (nie widzi od urodzenia, stroiciel instrumentów, płynął na jachcie "Perełka") próbują wytłumaczyć, jak człowiek pozbawiony wzroku orientuje się w przestrzeni.

- Ja po prostu słyszę przeszkody - ściany, słupy - twierdzi Rafał. - Wiem, że obok ktoś lub coś jest. I wtedy to obchodzę.

- Od wszystkiego, co mijamy, odbija się echo - dodaje Jacek. - To kwestia zawirowania powietrza. Próbuję wyobrazić sobie zawirowanie powietrza. A potem długo myślę, jak bym wytłumaczyła Jackowi znaczenie koloru "czerwony".


Ewa uczy dialogu w ciemnościach.

Podpływamy w pobliże "Zawiszy Czarnego". Kilkanaście małych jachtów krąży po wodach zatoki wokół "Zawiasa", dowodzonego przez kapitana Janusza Zbierajewskiego. Przed kilkoma laty kapitan Zbierajewski spotkał niewidomego Romka Roczenia, szantymena, który marzył o żeglowaniu. Popłynęli na Baleary. Po kilku wspólnych rejsach Roczeń zaproponował, by na "Zawiszy" pływali także inni niewidomi. Mieli być pełnoprawnymi członkami załogi. W Braille'u nauczyli się podstaw żeglarskiej teorii, a resztę - "mówiący" kompas, GPS, wskaźnik wychylenia steru - skonstruowali elektronicy. I tak już czwarty rok dzięki projektowi "Zobaczyć morze" udało się zbliżyć żeglarski świat ludzi widzących i niewidomych.

Ale "Zawisza Czarny" jest tylko jeden. Chętnych do pokonywania barier - o wiele więcej.

- Ilu niewidomych mieszka w Polsce? Tak naprawdę do końca nie wiadomo - rozkłada ręce Sylwia. - Polski Związek Niewidomych liczy tylko tych, którzy płacą składki. Czyli 65 tysięcy osób.

Sylwia oficjalnie spytała w GUS. Przyszła odpowiedź - w 2004 roku w Polsce mieszkało 1,8 miliona osób z dysfunkcją wzroku!

- Dysfunkcja to pojemny worek - tłumaczy Sylwia. - Oprócz niewidomych i ociemniałych, są też osoby słabowidzące. Tak czy tak jest nas sporo. Są wśród nas prawnicy, dziennikarze, informatycy, managerowie. Ludzie, którzy nie chcą już być zamknięci w czterech ścianach. Proszę popatrzeć chociażby na Ewę.

Ewa Astapczyk przyjechała do Gdańska z Hamburga. Jest tłumaczem, pracuje w fundacji przy projekcie "Dialog w ciemnościach".

- Oprowadzam ośmioosobowe grupy w zupełnych ciemnościach, objaśniając im świat - mówi ładna, trzydziestoletnia blondynka w okularach.

Okulary to atrapa - Ewa w ogóle nie widzi. Miała siedem lat, gdy opuściła dom w Jastrowiu koło Piły. Kolejne szkoły, studia. Podczas studiów w Poznaniu wyjechała w ramach programu Erasmus do Włoch.

- Nie znałam włoskiego, a Włosi w towarzystwie najchętniej rozmawiają, używając rąk - tłumaczy z uśmiechem Ewa. - Musiałam szybko nauczyć się języka, by nie czuć się tam obco. Obco Ewa nie czuje się także w Hamburgu. Mieszka sama, ma przyjaciół i chłopaka, Tobiasa. Chłopak widzi.

Choćby na Spitsbergen.

Rejs niewidomych z całej Polski, do którego dołączyły się trzy osoby na wózkach inwalidzkich, zorganizowała 37-letnia Sylwia Skuza.

- Wulkan energii - mówi o niej kapitan Jerzy Makieła ze Stowarzyszenia Armatorów Jachtowych, które objęło mecenat nad zatokowym spotkaniem. - Ona rzeczywiście nie widzi przeszkód. Sylwię spotkałam przed siedmioma laty. Młoda, ciemnowłosa kobieta, mężatka, matka małej córeczki opowiadała o koszmarnej wojnie o własne życie. Wojnie, w której straciła wzrok.

Sylwia zachorowała w 1999 roku. Diagnoza - ostra białaczka szpiku kostnego. Na szczęście okazało się, że dawcą szpiku może być jej młodszy brat, Sebastian. Kiedy wydawało się, że wszystko jest w porządku, szpik brata zaatakował oczy Sylwii. Doszło do zmętnienia rogówki, przeszczepu. Choroba zaatakowała prawe oko. Drugi przeszczep. Zapadła decyzja o amputacji oka. W Warszawie Sylwia usłyszała, że w Gdańsku przyjęto złą metodę leczenia. Kolejny przeszczep, oko zaatakował gronkowiec. Ciemność.

Potem była wieloletnia, jeszcze niezakończona walka z lekarzami. I wreszcie w tę medyczną szarpaninę w ciemności wdarło się morze. Przed rokiem ociemniała kobieta wraz z kpt. Maciejem Kotasem (dziś wiceprezes Fundacji Keja) i kpt. Tomaszem Łangowskim popłynęła w swój pierwszy, morski rejs na jachcie "Alislanke".

Przed tygodniem Sylwia wywiodła na morze innych. Ewę Ćwiek, która przez cztery mile sterowała "Anticą". Bartka Formanowicza, który na wózku inwalidzkim poczuł na "Szkwale", czym może być sztorm. Kiedy znoszono go z jachtu, z butów ortopedycznych wylewała się woda. A Bartek aż promieniał szczęściem. Mirka Kalinowskiego, który sam, na słuch, wybierał szoty na "Zawierusze". Teraz, po powrocie do domów, piszą na forum, że było wspaniale. I że ta przyjemność z pokonania żywiołu jest prawdziwą rehabilitacją.

A Sylwia odpisuje: Na kolejnych etapach zrobimy regaty, rejsy na Bornholm, na drugą stronę naszej "kałuży" - czyli Skandynawia. Marzeniem moim jest skompletować załogę, z którą w przyszłości, przy udziale doświadczonych żeglarzy popłyniemy dalej, może Spitsbergen? Co Wy na to?

Dorota Abramowicz

żródło: Dziennik Bałtycki

DRUKUJ STRONĘ

<< powrót do Media o nas


 

Poprawny CSS!

Valid XHTML 1.0 Strict

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego